Wszystkie wpisy publikowane na tym blogu wyrażają subiektywną opinię autora w dniu publikacji danego tekstu bądź są zbiorem danych dostępnych powszechnie na innych stronach internetowych i w prasie. Autor dokłada przy tym wszelkich starań, aby dane i fakty zawarte we wpisach były aktualne (w dniu zamieszczenia wpisu) i rzetelne.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ograniczenie prędkości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ograniczenie prędkości. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 czerwca 2016

Mix-Top, czyli pomieszanie z poplątaniem

Jak powszechnie wiadomo, każdy rasowy bloger musi kiedyś na swoim blogu wstawić jakiś ranking. "Top 10 mięs których nie jem, bo jestem weganką". "Top 20 utworów na jesienną chandrę". "500 pomysłów na co wydać 500+". Z niemałym przerażeniem stwierdziłem, że po tak długim czasie istnienia V8 Supercharged, podobnego rankingu jeszcze tutaj nie było. Najwyższy więc czas by nadrobić braki. A ponieważ, mówiąc szczerze, nie chce mi się robić osobnych wpisów "co mnie cieszy" i "co mnie wkurza" (tym bardziej że ten drugi byłby 4 razy dłuższy), to będzie wszystko razem - zapraszam na Mix-Top "Pomieszanie z poplątaniem".

Zacznijmy od kwestii weselszych, czyli co - według mnie - potrafi automaniaka uszczęśliwić na polskich drogach.

1. Stosunkowo częsta życzliwość innych kierowców. Podejrzewam, że gdybym poruszał się na co dzień BMW 7 czy S-Klasą, moje odczucia w tym zakresie mogłyby być nieco inne. Ponieważ jednak zwykle poruszam się 13-letnim Fordem bądź 24-letnim Peugeotem (nie mieli na stanie S-Klasy w satysfakcjonującym mnie kolorze, więc stanęło na wytworze francuskiej myśli technicznej), to mogę jedynie stwierdzić, że z roku na rok jest chyba nawet coraz lepiej. Wpuszczanie kogoś przed siebie w korku, przypominanie o włączeniu świateł, spokojne oczekiwanie gdy komuś na przykład zgaśnie auto na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną. Naturalnie, zdarzają się nad wyraz niecierpliwe, nierzadko chamowate jednostki (choćby słynny już na całą Polskę taksówkarz), ale coraz wyraźniej odstają one od ogółu kierowców.

2. Widoki. Ja rozumiem, że na drodze z Dźbądza Średniego do Czarnych Kozogłów są setki reklam, a droga nie ma poboczy, bo zastąpiono je miękkim (czyli bezpiecznym) błotem o głębokości pół metra. Nierzadko jednak wystarczy odbić o kilka kilometrów, przejechać się mniej oblężaną trasą i okazuje się, że w swojej okolicy mamy piękne lasy, pofalowane na wzniesieniach pola uprawne, ledwo widoczne na horyzoncie niewielkie wsie i wioski, które z daleka wyglądają niemal jak z obrazka. Problem jedynie w tym, że rzadko kiedy to wszystko można zauważyć, bo spieszymy się albo do pracy, albo po pracy na kolejny talk show z gośćmi, których mało kto kojarzy, względnie - jeśli jesteśmy tak zwanymi ludźmi sukcesu - na rundkę squasha w towarzystwie agrestowo-arbuzowej kawy ze starbaksa i czegoś, co podobno jest sałatką, a w praktyce przeciętnemu człowiekowi przypomina, że miał przecież powyrywać chwasty na działce. Nie byłoby warto czasem trochę zwolnić?

3. Coraz więcej ciekawych samochodów. Naturalnie, co chwila zdarza się widzieć kilka srebrnych Focusów kombi pod rząd, a Porsche zdążyło już trafić pod strzechy, ale nie trzeba wcale mieszkać w większym mieście, by zauważyć coś ciekawszego. Od Subaru BRZ poczynając, przez KTM X-Bow, Corvette C5 Z06 i Ferrari F12, aż po Techart Magnum i... pokrytego chromem Mercedesa SLR McLaren Roadster. Tutaj mamy naprawdę spory postęp! Jedyne co mnie dziwi to bardzo niewielka popularność niektórych zasłużonych marek - Lamborghini czy Aston Martin to naprawdę rzadkie widoki, a szkoda. A nie, wróć - jeszcze jedna rzecz mnie dziwi. To, że w Polsce zamówiono chyba najwięcej w Europie Mercedesów G63 AMG 6x6... Ile z nich faktycznie będzie widocznych na drogach to już inna kwestia - kamienice, jak bardzo mobilne by nie były, niestety niezbyt nadają się do codziennego użytkowania.

4. Radio! To może się wydawać banalne, ale - przynajmniej w większych miastach - wybór stacji radiowych jest naprawdę fajny i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Aktualne hity, pop, lekki rock? Proszę bardzo, RMF czy ZET witają. Ostrzejszy rock, metal? Eska Rock, Rock Radio, Antyradio. Hity sprzed lat? Radio Złote Przeboje, Radio ZET Gold. Chill out? Radio ZET Chilli. Muzyki nie chcemy, ale trochę gadaniny jak najbardziej? Nie ma problemu, TOK FM czeka. Można by tak wymieniać i wymieniać. Nie raz i nie dwa wyłączałem własny odtwarzacz muzyczny, żeby "przestroić się" na Antyradio czy ZET Chilli i sam byłem zdziwiony, jak wiele fajnej muzyki można poznać po prostu prowadząc samochód. Ba, uważam, że chyba nie ma lepszego miejsca do słuchania audycji niż własny samochód. Polecam czasem sprawdzić, co w eterze piszczy.



OK, skoro już jesteśmy nastrojeni pozytywnie, pora to wszystko niecnie popsuć. Lećmy zatem z drugim zestawieniem...

1. Nowe egzaminy na prawo jazdy. Już nawet nie chodzi o trudność w zdaniu samego egzaminu, ale te pytania teoretyczne... No zajrzyjcie sami, na przykład TUTAJ. Mniejsza z formą, w jakiej zostało to napisane, ale serio, zjedzenie czegoś żrącego w aucie? Czego? Wspomnianej kostki toaletowej? Kostki toaletowe można wsadzić pod maskę żeby odstraszyć kunę, a nie do wnętrza żeby nasz przygłupi kolega ją zeżarł. To może chodzi o kanapkę z bateriami alkalicznymi? A może podpierniczenie akumulatora kiedy właściciel nie patrzył? A nie, wróć, wtedy byśmy nie jechali. Tak czy owak, o ile rozumiem i w pełni popieram ideę uczenia pierwszej pomocy podczas kursu nauki jazdy, jak również sprawdzenia tej wiedzy podczas egzaminu teoretycznego, to dlaczego te pytania muszą być tak oderwane od rzeczywistości? Równie dobrze można zadać serię analogicznych pytań:
- Co zrobisz, jeśli twój pasażer połknie substancję żrącą kiedy będziesz zmieniał koło?
- Co zrobisz, jeśli twój pasażer połknie substancję żrącą, jeśli chciałeś ją dodać do układu paliwowego a nie masz już pieniędzy na kolejną porcję?
- Co zrobisz, jeśli jesteś w salonie samochodowym w celu zakupu pojazdu, a twój przyszły pasażer połknie substancję żrącą?

Tak jak widać na screenie, problemem prawdopodobnie jest kolega spożywający substancje żrące - zalecałbym w takim wypadku zweryfikowanie swoich znajomości, bo prędzej Wy się nabawicie siwizny niż on rozstroju żołądka, skoro tyle wcina tych substancji żrących. Nie wydaje mi się jednak, żeby poprawiło to w istotny sposób Waszą sytuację na egzaminie teoretycznym na prawo jazdy - na pewno ktoś na sali pod sam koniec egzaminu połknie akurat substancję żrącą i całość trzeba będzie powtarzać.

2. Brak umiejętności tudzież brak chęci do poprawnego korzystania z przejść dla pieszych. O tym to kurczę blade można by taką powieść napisać, że "Wojna i pokój" wyglądałaby przy niej jak ulotka z reklamą lokalnego baru z daniami kuchni rosyjskiej. No przecież to jest jakaś masakra - albo stoi jeden hipster z drugim PRZY SAMEJ KRAWĘDZI chodnika, że wystarczyłoby żeby pojechał jakiś większy dostawczak i "zdejmie" kolegów lusterkiem. Oczywiście - możecie powiedzieć, że pieszych należy przepuszczać. Ba... będziecie mieli rację! To nie znaczy jednak, że pieszy ma sobie założyć na łeb słuchawki wielkie jak nocniki i w takim miejscu żyć w swoim świecie. Pół biedy, jeśli faktycznie w tak durnym miejscu stoi i czeka, ale notorycznie zdarzają się piesi, którzy mają w głębokim poważaniu, że samochód nie zatrzymuje się w miejscu. Nie zwracają uwagi, że nie każdy jeździ zgodnie z przepisami. Mają w d..., że nawet jeśli ten ktoś wyhamuje po ich wtargnięciu na pasy, to ktoś za nim może już nie wyhamować. Naturalnie, większość takich sytuacji poprzedzona jest... nie, nie jest niczym poprzedzona, bo takie osoby zwykle nie zawracają sobie głowy obróceniem łepetyny w obie strony. A jeśli już zawracają, to z miną pod tytułem "zniszczę cię, jeśli się nie zatrzymasz, plebsie". Kierowcę ogarnia tylko żądza mordu, ale OK, wszystko OK, mieli prawo, spoko... Jedziemy więc dalej i mamy skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną. Z przejściami dla pieszych oczywiście. No i pięknie, przeszedł kto miał przejść, czerwone światełko dla pieszych, czerwone z żółtym i zielone dla kierowWRÓÓÓÓÓÓÓÓĆ, bo oto na pasy ładuje się właśnie albo jakaś paniusia z miną pod tytułem "ciągle czuję zapach łajna" i nie zwracająca na nic innego uwagi, albo inny typ paniusi która tylko obraca się z udawanym zdziwieniem i przerażeniem, że to niby o nią chodzi... Do tego oczywiście masa luzaków którzy bardzo fajnie podskakują jak się na nich soczyście zatrąbi. No i stosunkowo wielu rowerzystów, choć tym ostatnim częściej zdarza się co innego, czyli nagły zjazd z chodnika na ulicę bez żadnej sygnalizacji, za to z prędkością oscylującą wokół Mach II. Oczywiście na drogę, na której samochody poruszają się nie 50, a na przykład 70 kilometrów na godzinę, żeby było fajniej. Podejrzewam, że dla takich "kolarzy" zarezerwowany jest specjalny krąg w piekle. Generalnie prawdą jest stwierdzenie, że człowiek staje się lepszym pieszym, jeśli z miejsca kierowcy zobaczy, jak denerwujące mogły być jego wcześniejsze nawyki. Sęk w tym, że niektórzy, jak się to ładnie mówi, "nie dają faka na czynione aluzje" i nie tylko są beznadziejnymi kierowcami (o ile w ogóle - o zgrozo - zdobędą prawo jazdy), ale pozostają także beznadziejnymi pieszymi. Na koniec specjalne wyróżnienie dla pani, która w chwili kiedy z ulicy podporządkowanej w godzinie szczytu próbowałem się "wbić" na główną (i specjalnie podjechałem do przodu najbardziej jak to było możliwe bez utrudniania ruchu na drodze głównej), zamiast obejść samochód z tyłu, spacerkiem przeszła przed nim. Jakim cudem w głowach takich ludzi istnieją związki przyczynowo-skutkowe typu "jak będę głodna, to muszę kupić mięsko i buraczki żeby zrobić obiad", ale nie istnieją te z kategorii "jak samochód we mnie walnie z powodu mojego kretyńskiego przechodzenia przez jezdnię to mogę nie przeżyć"?

3. Tereny zabudowane i bezsensowne ograniczenia prędkości. Sytuacja sprzed kilku dni z mojego miasta - gościowi odebrano prawo jazdy i wlepiono mandat na 500 złotych, bo na obwodnicy przekroczył prędkość bodajże o ileśtamdziesiąt kilometrów na godzinę. Oczywiście, że nawet takiego nie żal, ale z drugiej strony zastanówmy się nad kwestią terenów zabudowanych. W Polsce mamy je wszędzie - na wsiach, w miastach, w lesie, w szczerym polu, no i właśnie na obwodnicach. Czy to nie jest "lekka" przesada? Najbliższy budynek 2 kilometry dalej, ale nie, teren zabudowany. Bo tak. Żeby było mało, to mamy jeszcze całą masę bzdurnych, nie przystających do realiów ograniczeń prędkości (dość powiedzieć, że na dziurawej drodze krajowej w majestacie prawa można gnać 90 kilometrów na godzinę, a na całej długości wspomnianej obwodnicy, łącznie z odcinkiem bez sygnalizacji świetlnej, pasów, skrzyżowań i tak dalej - 70 km/h, choć droga przez ponad pół długości jest dwupasmowa, a na całej długości ma nawet pas awaryjny z prawdziwego zdarzenia), ale o tym pisałem już jakiś czas temu TUTAJ.

4. Cruising. Ten termin osobom będącym "w temacie" kojarzy się raczej pozytywnie, zresztą mi na ogół też. Oznacza to bowiem spokojną, zrelaksowaną jazdę, często bez celu. Rozumiem, że nie każdy porusza się z prędkościami zwykle charakteryzującymi polityków zdążających po pieniądze podatników, ale mimo wszystko poruszanie się 25 kilometrów na godzinę po mieście to NIE cruising, tylko idiotyzm. I nie, nie chodzi tutaj o samochód na tablicach z innego miasta i kierowcę, która szuka celu swojej podróży. Nie - chodzi po prostu o blokowanie ruchu przez 3 kilometry, do tego stopnia, że nawet nie można wrzucić trzeciego biegu, bo się silnik zdławi. Że nie wspomnę o braku możliwości wyprzedzenia takiego delikwenta. Nie jestem pewien, czy nie wolę jednak naddźwiękowych rowerzystów, przynajmniej bliżej im do osiągnięcia limitu prędkości na danej drodze...

5. Środowisko. Tak, środowisko mamy jedno i należy je chronić. Nie neguję tego, ale dowalanie każdą normą, każdym przepisem, każdą kąśliwą uwagą w stronę posiadaczy samochodów nie jest już ani smutne, ani śmieszne, ani niesmaczne. Jest po prostu kretynizmem. Można by tu oczywiście przytoczyć fakt, iż za większość emisji gazów cieplarnianych na Ziemi odpowiada hodowla bydła, no ale przecież krowom katalizatorów nie założymy. No ale wróćmy do kwestii "dlaczego jest kretynizmem?". Przykładowo dlatego, że jeden kontenerowiec w ciągu roku jest w stanie wyemitować tyle szkodliwych substancji co... 50 milionów samochodów. Wiele stron podaje wręcz, że 14-15 największych statków świata emituje tyle szkodliwych substancji co wszystkie samochody na świecie! Co więcej, sytuacja nie poprawia się z roku na rok, ponieważ paliwem używanym w takich jednostkach jest najcięższa i najbardziej zanieczyszczona frakcja ropy naftowej, czyli mazut. Co więcej, całkiem sporo statków towarowych wyposażona jest w silniki dwusuwowe, co też zapewne korzystnie na środowisko nie wpływa.

Kolejna kwestia to wszelkie zakłady przemysłowe, które oprócz dostarczania nam wszystkiego co potrzebne do wygodnego życia, robią również "krecią robotę" - samochody mogą stanąć, ale smog gdzie był, tam dalej będzie, może tylko minimalnie mniejszy. Niestety, nie wszyscy to rozumieją, czego doskonały przykład zaprezentowała mi kilka miesięcy temu pewna matrona w Krakowie. Rys sytuacyjny - jeszcze trochę śniegu było tu i ówdzie, często zmrożonego - tak jak "placek" o wymiarach 20 centymetrów na metr na przedniej szybie samochodu. Niestety, po uruchomieniu silnika i włączeniu wycieraczek, nie poradziły one sobie z tym (zapewne większość z Was kojarzy ten straszny dźwięk szurania wycieraczek po lodzie, brrr...). Decyzja była szybka - podważyć skrobaczką w kilku miejscach śnieg, żeby potem ściągnąć go wycieraczkami. Ze względu na szacowany czas operacji na poziomie piętnastu sekund, nie wyłączałem silnika. No i masz, od razu naskoczyła na mnie przechodząca nieopodal franca. Nieczęsto wrzeszczę na ludzi, ale wtedy mi ciśnienie skoczyło tak momentalnie, że krótko i zwięźle wyjaśniłem paniusi błędy w jej rozumowaniu. "No dobra, cwaniaku, ale skąd wiesz, że masz rację? Może faktycznie przez te 15 sekund dłużej uruchomionego silnika właśnie ktoś dostał ataku astmy?" Wiecie, jaki jest najlepszy dowód na to, że w takim Krakowie to nie samochody są problemem? Zajrzyjcie na tamtejszą jakość powietrza w lecie i w zimie - mniejsza z przekraczanymi normami, ale chodzi mi o "namacalną" jakość. W lecie mimo wszystko da się oddychać. A w zimie? A w zimie, moi drodzy, wszędzie albo mamy piece węglowe (pół biedy jeśli nowsze modele), albo jakieś pacany palą opony albo plastikowe butelki i przechodzień dostaje skrętu oskrzeli. Ale nie, to kierowcy są źli. W lecie oddycha się dobrze? Ale to kierowcy są źli! A potem jeszcze łazi taka matrona i nawet po swoim yorku nie posprząta. No jasne, lepiej wdepnąć w kupę niż dostać ataku astmy.

Jeśli Wasz samochód nie przypomina TEGO, to wierzcie mi, lepiej dla środowiska długo jeździć wciąż tym samym autem, niż co 2 czy 3 lata je wymieniać na nowe, niby bardziej ekologiczne. Zresztą, park maszynowy i tak w naturalny sposób staje się coraz młodszy, ergo, wypuszczający mniej szkodliwych spalin do atmosfery. Myślicie, że w czasach świetności Maluchów, Syrenek, Zaporożców i Dużych Fiatów można by było sobie spokojnie stanąć obok jakieogś ruchliwego miejsca i oddychać głęboką piersią niczym nad górskim potokiem? No, nie bardzo. Nie dość, że po trzech sekundach mielibyście gruźlicę, to niewiele później jeszcze pewnie aparycję górnika.

Podobnie, w naszych warunkach nie ma się co zachwycać autami elektrycznymi (a już w szczególności nie horrendalnie drogim, matizopodobnym Mitsubishi i-MiEV). Kluczowy termin to elektrownie węglowe - w Polsce wciąż najpopularniejsze źródło energii elektrycznej. Czyli o ile podczas samej jazdy z samochodu faktycznie nie wydobywa się żadne świństwo, to napakowanie go prądem oznacza kolejne spalone kilogramy węgla. Nie jest to żaden przytyk do użytkowników takich aut, bo to nie ich wina, ale sądzę, że w naszych warunkach zupełnie wystarczająca ze względu na ochronę środowiska byłaby jakaś hybryda, a i to niekoniecznie typu plug-in (czyli z funkcją doładowania baterii z gniazdka).



...a Was co cieszy i wkurza?

środa, 6 sierpnia 2014

Bo stawiać ograniczenia to trzeba umieć!

"Przyczyną wypadków jest nadmierna prędkość!" - to zdanie jest prawdopodobnie najczęściej wypowiadanym w polskich wiadomościach (pomijając niedawne hasło "jedz jabłka na złość Putinowi"). Okazuje się jednak, że... to nie takie proste z tą prędkością. W Wielkiej Brytanii okazało się właśnie, że na drogach z nałożonym limitem prędkości 20 MPH (około 32 km/h) o 26 procent wzrosła ilość poważnych wypadków w porównaniu z rokiem 2013, natomiast ilość mniej poważnych zdarzeń o 17 procent.

W pierwszej chwili może się nie do końca mieścić w głowe, że przy prędkości ledwo przekraczającej "trzy dychy" można mieć poważny wypadek, zwłaszcza w całkiem nowoczesnym samochodzie, ale to nie do końca tak działa. Okazuje się, że nie tylko Polacy lubią jeździć na pamięć, ta uwaga dotyczy też innych nacji - w tym Brytyjczyków. Innymi słowy, ponieważ na drogach z ustalonym nowym ograniczeniem nie robi się tam nic innego oprócz ustawienia znaków z limitem 20 MPH, to nikt na nie nie patrzy i ludzie śmigają te 30-40 mil na godzinę, bo wcześniej można było tyle jeździć. "Aha!" - zakrzykniecie triumfalnie. "Czyli jednak prędkość!" - cóóóóż... nie, nie do końca. Bo widzicie... na drogach gdzie utrzymano limit 30 bądź 40 MPH ilość zarówno poważnych jak i lżejszych wypadków spadła w porównaniu do roku poprzedniego.

Naturalnie, można wtedy spojrzeć krzywo na te informacje i rzucić hasłem, że "według EuroNCAP te auta w razie wypadku powinny zachowywać się bardzo dobrze!" Ano - tyle tylko, że nowe samochody często buduje się stricte pod wytyczne tej organizacji. Innymi słowy, w warunkach laboratoryjnych samochód jest mega bezpieczny i w ogóle jest fajnie, ale niech tylko wyjedzie na drogę i okazuje się, że już tak różowo nie jest, jeśli przydarzy się wypadek, którego EuroNCAP pod uwagę nie brało. Ciekawe informacje w drugiej połowie 2013 roku zostały podane przez Szwedów. Mianowicie, szwedzka agencja ubezpieczeniowa Folksam na podstawie informacji o 158 tysiącach wypadków drogowych, które wydarzyły się w tym kraju w latach 1994-2013 (informacje z testów EuroNCAP też brano pod uwagę, ale nie było to jedyne kryterium), wybrała najbezpieczniejsze według niej samochody. Okazało się, że w trzech spośród czterech kategorii cenowych w kategorii samochodów małych triumfowały nie Renault Megane czy Volkswagen Golf, ale... Kia cee'd oraz jej "bliźniak", Hyundai i30. Co ciekawe, na pierwsze miejsca załapały się zarówno pierwsze, jak i drugie generacje tych modeli. Kategorii oczywiście było więcej, na co na polskich portalach informacyjnych już uwagi nie zwrócono, tym niemniej takie wyniki samochodów koreańskich robią bardzo dobre wrażenie (szkoda tylko, że koncern przestawił się na stosowanie kontrowersyjnego czynnika R1234yf w klimatyzacjach).


Wróćmy jednak do kwestii ograniczeń prędkości i zadajmy sobie pyanie, w czym rzecz? W tym samym co w Polsce. Ustawianie niskiego limitu na drodze, która jest w miarę szeroka i ma dobrą nawierzchnię, a obok nie rosną żadne drzewa (co jest chyba polską specjalnością) i można by po niej spokojnie jechać na przykład te 60-70 km/h sprawia, że ludzie mają to gdzieś i nagniatają mniej więcej 6280 km/h. Ustawmy jednak SENSOWNY limit, np. 60 zamiast 30 km/h, i nagle połowa kierowców będzie jechać normalniej. BO BĘDĄ WIDZIELI, że ograniczenie nie wzięło się kompletnie z czapy i że faktycznie ktoś mógł pomyśleć przed ustawieniem go, a nie wyciągnął znaku z worka opisanego jako "Historia ograniczeń prędkości - tom II - lata 20. XX wieku". Z tego samego powodu cała masa kierowców wjeżdża do miejscowości mając jeszcze nadal jakieś 542 km/h na liczniku - bo znak "teren zabudowany" postawiony jest na ogół w samym środku pola, jakiś miliard kilometrów przed miejscowością. Nie chcę tu usprawiedliwiać kierowców, bo tak się robić oczywiście nie powinno - ale znowu cała rzecz sprowadza się do podobnej psychologii jak powyżej. Jeśli kierowcy zaczną widzieć, że znaki ustawia się z sensem i na dodatek dobrze widoczne (a nie zarośnięte krzakami, z nieodłącznym patrolem policji czyhającym 200 metrów dalej), to zaczną się do nich bardziej stosować. A chyba o to chodzi, prawda?


sobota, 26 stycznia 2013

"By żyło się lepiej" - ale czy na pewno?

Long time no see! Na początku muszę niestety ostrzec, że post ten będzie kolejnym postem z serii "Frogster narzeka". Jeśli więc komuś nie zależy na czytaniu moich "żali" - został ostrzeżony ;)

Na dobrą sprawę, połowę poniższych treści można by zastąpić dwoma słowami: "Unia Europejska". Niestety odnoszę wrażenie (pogłębiające się zresztą wraz z lekturą kolejnych wiadomości i artykułów), że osoby odpowiedzialne za wszelkie uregulowania prawne związane z motoryzacją na terenie Unii można scharakteryzować w sposób następujący:


Sprawę, która najbardziej mnie bulwersuje, powinienem w zasadzie opisać na samym końcu, jednak chyba wolę mieć to za sobą jak najszybciej - za każdym razem jak myślę o tej kwestii to nóż mi się w kieszeni otwiera. Mianowicie: samochody z kierownicą po prawej stronie. Aktualnie w Polsce obowiązuje zakaz rejestracji takich samochodów - wyjątkami są przypadki, kiedy otrzymuje się indywidualną zgodę od ministra właściwego do spraw transportu. Zgodę taką można otrzymać generalnie głównie wtedy, gdy samochód jest pojazdem zabytkowym, specjalnym lub, przynajmniej teoretycznie, gdy dany model po prostu nie był produkowany z kierownicą po "właściwej" stronie. O ile polskim politykom czy urzędnikom można oczywiście zarzucić wiele, to jednak w tej sprawie mają u mnie dużego plusa - do tej pory jakoś udawało się im odpierać zabiegi Uni, by i u nas znieść zakaz rejestracji takich samochodów. Niestety - Unia dopięła swego i w II kwartale tego roku Polska będzie już miała obowiązek rejestracji "anglików" (jedyną wymaganą zmianą w pojeździe będzie wymiana oświetlenia na "kontynentalne"). Zastanówmy się więc, co w tym złego?

Zasadniczo, największym problemem są tutaj polskie drogi. Nie chodzi tu jednak o ich stan techniczny, lecz o to, po jakiego typu drogach jeździmy. W większości krajów Unii bardzo duża część ruchu samochodowego odbywa się po autostradach, drogach szybkiego ruchu czy obwodnicach, podczas gdy w Polsce proporcje te są zupełnie inne, a my na ogół śmigamy sobie po drogach krajowych, na których zresztą i tak mamy już tyle fotoradarów, że mogłyby one zastąpić Google StreetView. Do czego dążę - jazda w Polsce samochodem z kierownicą po prawej stronie już sama w sobie jest mniej bezpieczna niż samochodem z kierownicą po stronie lewej, ale problemem w naszym kraju bynajmniej jest nie tylko niedostateczna ilość dróg z co najmniej dwoma pasami do jazdy w danym kierunku, ale... mentalność wielu Polaków. <tryb ironii włączony> Jak powszechnie wiadomo, Polacy są świetnymi kierowcami i jeżdżą absolutnie bezwypadkowo. Są ponadto niezwykle zaradni, dzięki czemu po wprowadzeniu nowego przepisu nie będą już przepłacać w kraju za samochody, które w Wielkiej Brytanii można kupić o połowę taniej <tryb ironii wyłączony>. Być może "uprawiam" tu nieco czarnowidztwa, ale poważnie obawiam się, że od II kwartału tego roku do Polski zacznie napływać pełno samochodów używanych przeznaczonych do ruchu lewostronnego. W połączeniu z przeświadczeniem wielu Polaków (zwłaszcza tych którzy "nie dadzą się ograbiać z piniondzów we własnym kraju") o własnych, wybitnych wręcz zdolnościach za kierownicą, może to poskutkować znaczącym zwiększeniem ilości wypadków na naszych drogach - zwłaszcza z powodu wyprzedzania bez zapewnienia sobie należytej widoczności. Zresztą, wielu naszych rodaków popełnia ten sam błąd - podjeżdżają niemal pod zderzak poprzedzającego samochodu i dopiero wtedy zjeżdżają na drugi pas i zaczynają przyspieszać w celu wyprzedzenia. Dodajmy do tego kierownicę po prawej i spowodowany tym absolutny brak widoczności...

Rozwiązania tego problemu teoretycznie istnieją, a w każdym razie lepsze byłoby zastosowanie jakichkolwiek rozwiązań niż bezkrytyczne przyjmowanie tych kretynizmów rodem z Unii Europejskiej. Mam tu na myśli przede wszystkim instalację składającą się z kamery HD i porządnego, sporego monitora zamontowanych po lewej stronie samochodu, dzięki którym kierowca ze swojego miejsca widziałby, na przykład "wychylając się" zza ciężarówki, czy jedzie coś z naprzeciwka. Powinna zostać stworzona lista dopuszczonego sprzętu, aby wyeliminować ryzyko, że ktoś będzie montować takie urządzenia jak najniższym kosztem i w tym celu zamontuje jakieś "chińszczyzny" za 200 złotych, w których i tak nic nie będzie widać. Nie. To musiałby być porządny sprzęt, który oczywiście swoje kosztuje - a jego koszt musiałby pokryć właściciel samochodu. Żadnych dopłat od państwa - chcieli samochód z kierownicą po prawej, niech płacą za kamerę i ekran. Z obowiązku tego zwolnione byłyby oczywiście samochody zabytkowe i niektóre pojazdy specjalne. Innym rozwiązaniem, zaproponowanym przez mojego kolegę z NFSPlanet.pl, jest system o intrygującej nazwie "Krugozor". Jest to rozwiązanie znacznie prostsze i tańsze, ponieważ opiera się po prostu na dwóch lusterkach - w praktyce wygląda to mniej więcej tak:



Pomysł jest bardzo ciekawy, choć osobiście wydaje mi się, że lusterka te powinny mieć nieco większy rozmiar. Jakby jednak nie patrzeć, "lepszy rydz niż nic" - w dobrych jakościowo lusterkach zawsze coś widać, co takie oczywiste nie jest przy tanich kamerach i ekranach. Na dodatek cena jest stosunkowo atrakcyjna (przynajmniej w porównaniu do "mojego" rozwiązania) i wynosi 139 złotych plus koszt wysyłki. Problemem jest tu jednak to, że nie spodziewam się, aby polscy urzędnicy mieli jeszcze chęci "powalczyć" i wprowadzić nakaz posiadania choćby tego "Krugozora", więc zapewne wszystkie samochody RHD (right-hand drive) na polskich drogach będą jeździć bez takich rozwiązań i siać postrach. Rewelacja. Niestety, "coś za coś" - zastosowanie zestawu kamera+monitor lub zestawu luster mogłoby wymusić odłączenie poduszki powietrznej pasażera w takim samochodzie, aby w razie stłuczki czy wypadku pasażera nie "uszkodzić" bardziej na przykład lecącym w jego kierunku monitorem, wyrwanym z mocowania przed odpalający airbag. Tak czy owak, niech mi ktoś powie - co Unia ma z tego, że każe wszędzie wprowadzać te idiotyzmy? Zapewne "jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze", bo o cóż by innego?

Kolejnym "genialnym" pomysłem unijnych urzędników jest ograniczenie prędkości w centrach miast do 30 km/h. W niektórych miejscach nie ma z tym problemu, ba, może to być dobrym rozwiązaniem - z podkreśleniem słów "w niektórych miejscach". Ale wolę nawet nie myśleć o tym, że ktoś mógłby chcieć to przyjąć bezkrytycznie - niezmiernie intryguje mnie kwestia "zbicia" dopuszczalnej prędkości w wielu miejscach z 70 do 30 km/h. Mało to odcinków nawet w centrach miast, gdzie dziś można jeździć szybciej? Ograniczenie prędkości przyczyni się jedynie do zwiększenia korków, ilości wulgaryzmów bulgotanych pod nosem przez kierowców oraz, paradoksalnie, może zwiększyć emisję spalin - którą to przecież Unia chce ograniczyć. "I have no idea what I'm doing".

Unia ma również kilka innych pomysłów na zmiany, o czym można przeczytać w nr 4/2013 "Motoru". O ile do urządzeń przypominających kierowcy o zapięciu pasa bezpieczeństwa, czujników ciśnienia w oponach (pod warunkiem, że nie wezmą ich z Renault Laguny II) czy wymaganych co najmniej dwóch uchwytów ISOFIX do fotelików dziecięcych na tylnych siedzeniach nie mam nic przeciwko, to nie widzi mi się za bardzo koncepcja obowiązkowego montażu "wskaźników optymalnej zmiany biegu", takich jak te które opisywałem w notce "Test Drive! Pt. 2 - Triple Pack". Teraz to jeszcze "pół biedy", ale nie zdziwię się, jeśli za 10 lat Unia będzie kazała do tego dorzucić sygnalizację dźwiękową, która będzie nas raczyć upierdliwym "beeeeeep!" za każdym razem, gdy silnik przekroczy 1800 obrotów na minutę. Do tego za kilka lat pewnie dojdzie obowiązkowy, nieodłączalny system "start-stop". Dziękuję, wysiadam.


Zostawmy już jednak Unię w spokoju, bo nerwów można też sobie napsuć czytając o pomysłach z "lokalnego podwórka". Pierwsza kwestia to nowe zasady obowiązujące przy zdawaniu egzaminów na prawo jazdy (które zresztą podrożały). Do tej pory na egzaminie teoretycznym osoba egzaminowana miała do czynienia z testem wielokrotnego wyboru, w którym odpowiadał na pytania wylosowane z puli około 500 dostępnych, które były jawne. Aktualnie testy są jednokrotnego wyboru, jednak pytań jest kilka tysięcy i są niejawne. Skutki już widać - zdawalność w całym kraju spadła do poziomu kilku procent, a zdarza się nawet, że w danej "turze" nie zdaje ani jedna z osób przystępujących do egzaminu. Najpierw można co prawda wysunąć tezę, iż zwiększy to wpływy Wojewódzkich Ośrodków Ruchu Drogowego, jednak nie jest to do końca prawdą (lub w najlepszym przypadku jest "półprawdą"). Testy są oczywiście przeprowadzane na komputerach - ergo, na sali wystarczy tylko jedna osoba, która "pilnuje" zdających. Egzaminatorzy oceniający część praktyczną egzaminów, czyli po prostu jazdę po mieście... nie mają co robić, bo prawie nikt do nich teraz nie przychodzi. Istna rewelacja - ciekawi mnie, jak szybko te przepisy zostaną zmienione, żeby nie zaszła konieczność ograniczania zatrudnienia w WORDach. W kwestii praw jazdy mamy jeszcze kilka "kwiatków" formalnych (jak na przykład "nadprogramowe" wizyty w starostwie powiatowym przed rozpoczęciem kursu na prawo jazdy czy też konieczność osobistego ustalania terminów egzaminu w siedzibie WORDu, do czego do tej pory można było upoważnić swoją szkołę nauki jazdy), jednak w obliczu nowych zasad przeprowadzania egzaminów teoretycznych to naprawdę najmniejsze problemy. Gorzej jednak, że najwyraźniej nie praktykuje się podejścia "prawo nie działa wstecz" - osoby, które brały udział w kursie jeszcze na starych zasadach, po zdanym egzaminie dostają polecenie dopłacenia około 30 złotych w kasie WORDu - mimo, że gdy zapisywały się na ten egzamin, nowe ceny jeszcze nie obowiązywały. Oczywiście, w obliczu zdanego egzaminu mało komu chce się wykłócać o trzy dychy, jednak w skali kraju robią się z tego poważne sumy - sumy, do których WORD nie powinien mieć prawa.

Kolejną "ciekawostką" jest prawo jazdy kategorii B1. Do tej pory takie prawo jazdy można było zdobyć mając 16 lat (to się nie zmieniło), a uprawniało ono do prowadzenia "trój- lub czterokołowego pojazdu samochodowego o masie nieprzekraczającej 550 kg". Innymi słowy, pomijając kwestię czy było to dobre rozwiązanie czy nie, posiadacz prawa jazdy kategorii B1 mógł prowadzić niektóre całkiem "normalne" samochody, tyle że nieco "odchudzone" - mowa tu przykładowo o dość popularnym w tej kategorii Daihatsu Cuore.


Z "Motoru" (nr 1/2013) dowiadujemy się jednak, że po zmianach przepisów, B1 będzie uprawniać jedynie do prowadzenia: czterokołowca i czterokołowca lekkiego oraz motoroweru, których masa bez obciążenia nie przekracza 550 kg, a maksymalna moc użyteczna silnika to 15 kW (20 KM). Ciekawszy fragment znajduje się odrobinę dalej: "Wszelkie auta osobowe, które zostały poddane >>odchudzaniu<< można będzie prowadzić tylko mając kategorię B." Nie jestem pewien, czy dobrze tu rozumuję, jednak wygląda mi na to, że osoby nie mające jeszcze prawa jazdy kategorii B, a poruszające się do tej pory choćby wyżej wspomnianym Daihatsu i podobnymi samochodami, będą musiały się przesiąść na kilka razy droższe pojazdy spełniające nowe kryteria, jak Aixamy czy Ligiery (na zdjęciu poniżej Ligier Nova).


Dodatkowo wprowadzana jest nowa kategoria, AM. Zasadniczo jest ona całkiem podobna do B1, przy czym uprawnia ona do prowadzenia motoroweru, quada bądź innego czterokołowca, którego masa własna nie przekracza 350 kg, a prędkość maksymalna jest ograniczona do 45 km/h (których osiągnięcie zajmuje zresztą dwa tygodnie, i to przy gazie wciśniętym do podłogi). Inna rzecz, że nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego akurat 45 km/h - dlaczego nie 50, czy lepiej, 55 km/h? Pół biedy, jeśli mamy do czynienia ze skuterem czy motorowerem, ale podejrzewam, że taki Aixam sunący 40-45 km/h po drodze, na której znaki dopuszczają 70 i więcej km/h, będzie niespecjalnie mile widziany przez innych kierowców.

Przejdźmy teraz do ostatniej kwestii, na dobrą sprawę bulwersującej w podobnym stopniu co kwestia rejestracji "anglików" w naszym kraju. Klimatyzacja. Dobra rzecz, wiadomo - nie tylko pozwala na ochłodzenie wnętrza samochodu latem, ale i na osuszenie i pozbycie się pary wodnej w okresie zimowym. Do tej pory w samochodach stosowano w systemach klimatyzacji czynnik R134a - niestety, został on uznany za gaz cieplarniany. W związku z powyższym, wymyślono dla niego alternatywę - chłodziwo o nazwie R1234yf (kto wymyśla te nazwy?). Nie jest ono jeszcze co prawda wymagane w każdym produkowanym samochodzie, jednak modele które są świeżo homologowane i dopuszczane do sprzedaży, muszą już mieć klimatyzację skonstruowaną według nowych zasad (wymiana samego czynnika w dotychczasowych układach nie jest możliwa). Z R1234yf korzystają więc już na przykład Toyota GT 86/Subaru BRZ, Hyundai i30 czy (nie na 100%) Suzuki Swift Sport (co jest ciekawostką, ponieważ zwykły Swift był homologowany osobno znacznie wcześniej i korzysta z czynnika R134a).

 
Na korzystanie z nowego czynnika zgodziło się większość producentów samochodów, a zgraja lobbystów naciskała na jak najszybsze masowe wprowadzenie go na rynek. Nic dziwnego - monopol na wytwarzanie R1234yf mają tylko dwie firmy na świecie (Honeywell i Dupont), a samo chłodziwo jest znacznie droższe od dotychczas stosowanego. Czyli ponownie chodzi o pieniądze. W ostatniej chwili pojawiły się jednak wątpliwości - okazało się, że nowy czynnik jest łatwopalny. Jak dowiadujemy się z "Auto Świat Poradnik" (nr 1/2013), problem jest jednak znacznie gorszy - związki powstające podczas spalania R1234yf są silnie toksyczne i żrące. I to nadal nie jest najgorszy problem! Jeden z czynników powstających podczas spalania nowego chłodziwa może... przeniknąć przez skórę i rozpuścić kości. Rewelacja. Oczywiście, Honeywell i Dupont zareagowały w jedyny sposób, którego spodziewałby się przeciętny Kowalski - stwierdziły, że zagrożenie jest wyolbrzymione. Tutaj jednak z pomocą przyszedł... Mercedes. Wraz z niemieckim związkiem producentów VDA (Verband der Automobilindustrie), producent aut z "gwiazdą" na masce przeprowadził ciekawy test. W samochodzie (nowym Mercedesie klasy B), w którym komora silnikowa była rozgrzana, wywołano wyciek chłodziwa. W ciągu dwóch minut przód samochodu stanął w płomieniach. Jeszcze ciekawsze są nieoficjalne informacje - podobno w trzech na pięć skontrolowanych samochodów z układami klimatyzacyjnymi nowego typu, po wycieku czynnika R1234yf doszło do pożaru. Niestety, jeśli "bezpośrednio zainteresowani" producenci nie wyrażą zgody, wyniki badań nie będą mogły zostać upublicznione. Pozostaje mieć nadzieję, że producenci będą mieli odwagę, by przyznać się do błędu - od producentów nowego czynnika chyba nie ma co tego oczekiwać, choć Honeywell podobno jest w trakcie testowania R1234yf wraz z kilkunastoma koncernami motoryzacyjnymi oraz amerykańską organizacją SAE (Society of Automotive Engineers) - a wcześniej nie mogli tego przetestować jak należy? Póki co, mamy dwóch silnych graczy nastawionych przeciwko nowemu czynnikowi. Jednym jest wyżej już wspomniany Mercedes, natomiast drugim... Toyota. Mimo, że GT 86 posiada już nowego typu klimatyzację, nie można zapominać, że większość konstrukcji tego samochodu wyszło "spod ręki" Subaru. Toyota natomiast chce się wycofać ze stosowania nowego chłodziwa i aż do wyjaśnienia sprawy korzystać z R134a - choćby w nowym Lexusie GS. Kto wygra batalię? Ciężko to na razie przewidzieć, miło jednak, że przy całych tych cyrkach z "planned obsolescence" (planowanym starzeniem) dla kogoś jednak bezpieczeństwo też ma znaczenie.