Wszystkie wpisy publikowane na tym blogu wyrażają subiektywną opinię autora w dniu publikacji danego tekstu bądź są zbiorem danych dostępnych powszechnie na innych stronach internetowych i w prasie. Autor dokłada przy tym wszelkich starań, aby dane i fakty zawarte we wpisach były aktualne (w dniu zamieszczenia wpisu) i rzetelne.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą test drive extended. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą test drive extended. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2020

Idealne auto rodzinne? Duże, brzydkie i pozbawione emocji - takie jak poliftowa Skoda Octavia 3. generacji

Pora na kolejny wpis gościnny na V8 Supercharged. Tym razem mała zmiana formuły - zapraszam do lektury wrażeń z użytkowania Skody Octavii trzeciej generacji, która jest w posiadaniu Kamila.
 
Skoda Octavia kombi

Podobnie jak red. Spider's Web Łukasz Kotkowski, który już opisywał swoją nudną przygodę z nową Skodą, pokusiłem się o zakup nowego niemieckiego czeskiego pojazdu. Co mnie skłoniło i jak oceniam ten samochód po nieco ponad 2 latach eksploatacji i przebiegu 60 tys. km? Czy było warto?

Jak wygląda Octavia III po liftingu każdy widzi – jest ich na drogach całe mnóstwo, a opisywany egzemplarz to w dodatku kombi w srebrnym kolorze. Zdaniem wielu – kumulacja nieszczęść. Ale do rzeczy, bo o gustach się nie dyskutuje a auto dla rodziny przecież ładne być nie musi!

Z własnej, nieprzymuszonej woli kupiłeś poliftową Octavię?!


Takie czy inne złośliwe pytania padały od znajomych dość często. Nawet żona spojrzała na mnie jak na wariata, gdy pokazałem jej auto na zdjęciach. Ale mnie się zwyczajnie ten samochód całkiem podoba, szczególnie w środku a przecież głównie środek w czasie użytkowania się ogląda. 
 
Skoda Octavia kombi

Z racji że miałem wcześniej Focusa Mk3 Turnier (kombi) 1.6 TDCi to tak naprawdę marzyłem o Mondeo. Uznaliśmy jednak z żoną, że za kwotę około 90 tys. zł samochód ma być nowy, a wspomniany Ford byłby co najwyżej poleasingowy, dwuletni i to z przebiegiem ok. 100 tysięcy kilometrów. Nie do zaakceptowania. Zacząłem więc poszukiwania nowego kompaktowego kombi, bo kryteria były proste: nie SUV, nie VAN, około 150 KM, optymalnie benzyna. Wymagane wyposażenie? Reflektory ksenonowe lub LED, tempomat i Android Auto.

Po posiadanym Focusie wiedziałem też, że słowa obszerny i kompakt nie zawsze idą w parze, więc bardzo ważnym kryterium było też na tyle miejsca na tylnej kanapie, żeby za mną (a urosłem na 190 cm) zmieściło się dziecko w foteliku 9-18 bez ucinania nóg w kolanach. Szybko okazało się, że słowa „nie zawsze” trzeba było zamienić na „mało kiedy” i, choć szczerze nie lubiłem grupy VAG, poszedłem do salonu Skody. Tam okazało się (też mi zaskoczenie...), że Octavia bije na głowę niejedno większe auto. Pozostał wybór wersji silnikowej i wyposażeniowej, a potem szukanie odpowiedniego auta z placu, bo w maju 2018 żaden dealer nie umiał odpowiedzieć kiedy będę mógł gotowe auto odebrać. Może w październiku, może w listopadzie... „ale na pewno w tym roku proszę Pana”.
 
 
Stało się, 15 czerwca 2018 roku odebrałem od dealera srebrne kombi z silnikiem 1.4 TSI, manualną skrzynią biegów, w wersji wyposażenia Style z pakietem Amazing i kilkoma pierdołami. Z racji rocznika 2017 i koloru cena na tle innych egzemplarzy była atrakcyjna – 87000 zł brutto za auto skonfigurowane za 104 tysiące z kawałkiem to była dobra oferta. Do tego doszło bardzo dobre finansowanie i przygoda się zaczęła.

Uprzedzę pytania: miało być nowe, bo pokonuję rocznie ok. 30 tysięcy kilometrów, z czego około połowę na odcinkach Śląsk – Podlasie – Śląsk lub Śląsk – Trójmiasto – Śląsk. Przy małym dziecku wolę mieć względnie pewny samochód, a nowy w teorii taki jest.

Kilometry przemijały...


... a pewien niedosyt pozostawał. Największą z nielicznych wad tego samochodu było słabe wyciszenie. Przy prędkościach rzędu 120 km/h na ekspresowej S8 było już w samochodzie na tyle głośno, że do pasażerów z tyłu trzeba było podnosić głos. Przy prędkości autostradowej oczywiście lepiej nie było. To wszystko sprawiło, że po 40 tys. kilometrów, w październiku 2019 roku popełniłem ten sam czyn co red. Adam Majcherek z Autobloga – zawiozłem auto do wyciszenia i to w dodatku w to samo miejsce. Przypadek. O efektach mógłbym pisać wiele, ale napiszę krótko: ciszej o klasę, jak nie dwie, a fabryczne 8 głośników gra niewyobrażalnie lepiej.

Gdybym w tym miejscu napisał, że po wyciszeniu auto stało się idealne, popełniłbym grzech ciężki, ale tak naprawdę żadna z wad, które zaraz wymienię nie przeszkadza mi na tyle, żebym chciał się przesiąść na rower.

W moim egzemplarzu irytuje mnie lekki szum powietrza przy prawych drzwiach – podobno ten typ tak ma. Słabo też oceniam sztywność nadwozia – zjeżdżając z krawężnika słychać, jak auto pracuje na uszczelkach drzwi. Czasem zaskrzypi obudowa wskaźników – wystarczy docisnąć i znów na jakiś czas jest spokój.
 

Skoro już jesteśmy przy zegarach – nie sposób nie wspomnieć, że w samochodzie za takie pieniądze między tarczami prędkościomierza i obrotomierza znajduje się... monochromatyczny wyświetlacz. Wiem, że Skodę się kupuje z praktycznego punktu widzenia i z tej perspektywy patrząc nie można się tego rozwiązania czepiać – ale na litość boską! Ten wyświetlacz wyglądałby dobrze w 2000 roku, a nie w 2017.

Pozostając przy wnętrzu i jego wadach muszę jeszcze zaznaczyć że bardzo rysuje się materiał „piano black” okalający panel klimatyzacji i dźwignię zmiany biegów, szybko przetarła się dźwignia hamulca ręcznego (niby jest 2-letnia gwarancja ale... na przetarcia jest limit 30 tys. km) oraz kieszenie w drzwiach które są miękko wyłożone... w połowie. Tak, miękka jest tylko część od strony drzwi którą widać – ta na plastikowej wytłoczce pozostaje plastikowa.


Simply Clever!


Wielokrotnie czytałem artykuły, w których było sporo pochwał pod adresem szeroko rozumianej praktyczności. Nie powiem – nieraz się szyderczo uśmiechnąłem. Ale z czasem nie mogę sobie już wyobrazić samochodu bez wielu elementów o których ktoś w Skodzie pomyślał. Uchwyt na bilet na szybie? Pierwsza klasa. Parasol zawsze na swoim miejscu? Kieszonka na kamizelkę pod fotelem kierowcy? Milion haczyków w bagażniku? Przenośna latarka z magnesem? Skrobaczka pod wlewem paliwa? Listwy z rzepami, które mają swoje miejsce gdy nie są potrzebne? Uchwyt na długopis w schowku? Gigantyczny otwór na narty w kanapie? To wszystko drobiazgi. Ale każdy z tych drobiazgów powoduje, że jako człowiek praktyczny pokochałem to auto i ciężko mi sobie wyobrazić teraz jakiś pojazd bez tych niewielkich udogodnień.

Oczywiście – należy też napisać o tych banałach, o których wszyscy wiedzą. Miejsca w bród w każdym kierunku, gigantyczny bagażnik (610 litrów), duże zakresy regulacji wszystkiego co się da (włącznie z podłokietnikiem – można go regulować i na długość i na wysokość). 
 
Skoda Octavia kombi

Całość w połączeniu z komfortem jaki ten samochód oferuje, powoduje że jego użytkowanie na co dzień jest naprawdę przyjemne.

Mało pali, jeździ żwawo ale...


... następny samochód będzie z automatem. Nie dlatego, że skrzynia jest zła (choć zdarzy jej się zazgrzytać, gdy się za szybko wsteczny wrzuci), ale dlatego że do charakteru auta automat bardziej pasuje. Cały układ napędowy wraz z zawieszeniem i hamulcami jest zestrojony raczej pod komfort i bezpieczeństwo – zero emocji. Osiągi uważam za nieco więcej niż wystarczające (przyspieszenie do 100 km/h zajmuje ok. 8,5 sekundy, prędkość maksymalna przekracza 210 km/h), spalanie jest na bardzo niskim poziomie (o tym za chwilę) a prowadzenie jest neutralne – jedzie jak mu się każe, ale nie angażuje ani trochę (dlatego chciałem Mondeo!).

Chciałbym napisać tutaj coś więcej. Ale nie da się, naprawdę. To auto w prowadzeniu jest zwyczajnie bezpłciowe i nic tego nie zmieni, kropka.

Skoda Octavia kombi - koszty


Kolejna ważna sprawa przy samochodzie dla rodziny – ma być tani w eksploatacji. I jest.

Należę do tych osób, które notują wydatki w dzienniku – ja akurat w elektronicznym. Dzięki temu mogę Wam rzucić kilka statystyk.

Jak już wyżej pisałem – pali mało. Mój osobisty rekord spalania wynosi 4,89 l/100 km na dystansie 940 km (według komputera 4,7 – ten zaniża średnie o ok. 5% - za każdym razem) przy jeździe głównie poza miastem. Średnie od nowości (dokładnie 63500 km) to 5,77 l/100 km, z kolei maksymalna prędkość autostradowa oznacza konsumpcję na poziomie 7 – 7,5 l/100 km. Czy to dobre wyniki? Ja uważam, że tak.

Samochód nie jest też drogi w obsłudze. Jedyny przegląd w ASO jaki dokonałem po roku eksploatacji kosztował mnie 538,41 zł wraz z olejem, który przywiozłem swój (ASO liczy sobie 100 zł za litr... Niewiele więcej kosztuje piątka przyzwoitego oleju 5W30 na wolnym rynku), zaś wymiany oleju z oryginalnym filtrem, których dokonuję co 10 tys. km to wydatek na poziomie 180 zł. Również tak zwany duży przegląd, który zrobiłem po 60 tys. km kosztował mnie niewiele ponad 1150 zł a zakres był całkiem spory: wymiana kompletu oryginalnych filtrów, wymiana świec, płynów do chłodnic i hamulcowego oraz wymiana oleju w skrzyni biegów.

Skoda Octavia kombi

Nie zabija także kwota, jaką trzeba zapłacić za ubezpieczenie – za OC z pełnym AC na 3 lata zapłaciłem łącznie 7218 zł.

Koszty awarii? Póki co – żadnych. Jedyna awaria jaka się zdarzyła to uszkodzona pompka spryskiwaczy, którą wymieniło ASO w ramach gwarancji.

Pozostała obsługa pojazdu dalej jest mi nieznana – zawieszenia na razie nie musiałem dotykać a klocki i tarcze hamulcowe dalej są oryginalne.

To fajna czy niefajna ta nuda w końcu?


Chyba jednak fajna. Skoda nie jest taka fajna jak Ford, którego uwielbiałem za prowadzenie. Ale potrafi wiele, wiele więcej. Jest do bólu praktyczna, tania w eksploatacji i odporna na jej trudy.

Z perspektywy dwóch lat mogę ocenić ten samochód jednym słowem – kompletny (ale tylko po wyciszeniu!).

Mam nadzieję, że dalej będzie tak dobrze jak jest – jak nie zasnę z nudów to opiszę wrażenia po kolejnych 60 tys. km. I kolejnych. A potem? A potem może... RS?
 
 
Tekst i zdjęcia: Kamil G.

środa, 24 kwietnia 2019

Test Drive! Extended (Pt. 68) - Po prostu święty spokój

Opel Grandland X to jeden z pierwszych modeli opracowanych wspólnie przez Opla i koncern PSA, do którego niemiecki producent od 2017 roku należy. Auto dołączyło do mniejszych modeli: Crosslanda X (technicznego bliźniaka Peugeota 2008 i Citroena C3 Aircross) oraz Mokki X (starszy model, własna konstrukcja Opla). Sam Grandland bazuje na Peugeocie 3008 - ma tę samą płytę podłogową i silniki. Wizualnie to jednak znacznie "spokojniejsza" propozycja od francuskiego SUV-a. A jak sprawuje się na drodze? Sprawdźmy.

Salon: J&R Auto-Salon sp. z o.o., Opole, ul.Wrocławska 137
Marka: Opel
Model: Grandland X
Wersja wyposażenia: Innovation
Silnik: 1.2 Turbo (benzynowy, rzędowy, 3-cylindrowy, turbodoładowany)
Moc maksymalna: 130 KM przy 5500 obr./min.
Maksymalny moment obrotowy: 230 Nm przy 1750 obr./min.
Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 10,1 sekundy
Prędkość maksymalna: 188 km/h
Skrzynia biegów: 6-biegowa, manualna
Napęd: na koła przednie (FWD)
Nadwozie: 5-drzwiowy SUV
Cena podstawowa (Grandland X 1.2 Turbo Enjoy)*: 99 200 zł
Cena wersji testowanej (bez dodatkowych opcji)**: 106 300 zł
Cena wersji najbardziej zbliżonej do testowanej (Grandland X 1.2 Turbo Design Line)*: 107 800 zł
Aktualna oferta specjalna: na samochody wyprodukowane w roku 2018 obowiązuje rabat w wysokości 15 000 złotych (14 000 rabatu regularnego, plus 1000 zł za zarejestrowanie się na portalu myOpel). W przypadku aut wyprodukowanych w 2019 roku, kwota rabatu wynosi maksymalnie 7000 złotych (z czego również 1000 to dodatkowy rabat za zarejestrowanie się na portalu myOpel).

* - rok produkcji 2019, rok modelowy 2019
** - rok produkcji 2018, rok modelowy 2019


Opel Grandland X


Opel Grandland X
Opel Grandland X wszedł do produkcji w październiku 2017 roku. Jak wspomniałem, auto bazuje na Peugeocie 3008, co oznacza 5-osobowe wnętrze i rozstaw osi równy 2675 milimetrów. Zapowiedziana jest już wersja z dłuższym rozstawem osi (bazująca na wydłużonej wersji platformy EMP2, pochodzącej z Peugeota 5008), ale póki co w sprzedaży jest jeszcze tylko wariant standardowy. Samo nadwozie robi bardzo dobre wrażenie - nie jest tak futurystyczne jak we francuskim odpowiedniku, ale - choć nie ma tu nic nadzwyczaj innowacyjnego - to wygląda bardzo mile dla oka. W testowanym wariancie Innovation (nieoferowanym już w autach z bieżącej produkcji) efekt jest jeszcze lepszy dzięku opcjonalnemu dwubarwnemu malowaniu i również dostępnym za dopłatą dwukolorowym obręczom ze stopów lekkich.

Opel Grandland X - wnętrze
Wnętrze jest dość typowe dla nowszych Opli - ryzyko pomylenia go z inną marką jest niewielkie. Za to z innym modelem - jak najbardziej możliwe. Niestety, do kabiny pasażerskiej można mieć kilka uwag. Dotyczą one przede wszystkim obsługi komputera pokładowego i centralnego wyświetlacza dotykowego - szczerze mówiąc, trudno o mniej logiczne sterowanie tymi elementami, a system nawigacji ma do tego przedpotopową grafikę. Na domiar złego, wnętrze jest zmontowane po prostu słabo - w testowanym egzemplarzu trzeszczały nie tylko boczki drzwiowe, ale i konsola centralna. Niezbyt chwalebne, tym bardziej, że auto nie miało nawet 10 tysięcy kilometrów przebiegu. Niezbyt pocieszający jest fakt, że w dotyku większość materiałów jest co najmniej przyzwoita, a konsola między fotelami wygląda daleko lepiej od tej w... Insignii OPC-Line.

Uwag jest więcej: kierownica ma nieco zbyt cienki wieniec, a najlepsze co można powiedzieć o systemie audio, to że gra zaledwie poprawnie - nic ponadto. Niezbyt fortunnym rozwiązaniem jest też hamulec pomocniczy, który co prawda jest elektryczny, ale nie zaciąga się ani nie zwalnia automatycznie, co stawia pod znakiem zapytania sens jego stosowania.

Opel Grandland X - wnętrze
Na szczęście są i zalety. Kolorystyka wnętrza w testowanym egzemplarzu była przyjemna dla oka, a opcjonalne, obszerne fotele z certyfikatem AGR i wysuwanymi siedziskami to zdecydowanie dobra inwestycja. Prawidłowo rozplanowano umieszczenie przycisków. Nieźle działa też wbudowany system Bluetooth, szczególnie jakość rozmów jest zupełnie wystarczająca - obaj rozmówcy słyszą się bez żadnego problemu. Poza tym, pomimo imponującej kolekcji wad (tak subiektywnych jak i obiektywnych), o dziwo wnętrze Grandlanda X jest po prostu... przyjemne. Miło się w nim siedzi, można się zrelaksować. Nie jest też źle z ilością miejsca - z przodu trudno na to narzekać, a z tyłu - choć Opel oferuje nieco mniej miejsca od większości konkurentów - też jest całkiem przyzwoicie. Pomaga w tym prawidłowe ukształtowanie tylnych części przednich foteli, jak i fakt, że można bez kłopotu wsunąć stopy pod przednie fotele, jeśli zdarzy nam się podróżować na tylnej kanapie.

Opel Grandland X - bagażnik
Bagażnik oferuje bazowo 514 litrów, choć warto mieć na uwadze, że nie jest to wynik zgodny z normą VDA, a ECIE/GM. Po złożeniu siedzeń uzyskamy 1652 litry (do dachu). Komora ma regularny kształt i oferuje dobry dostęp do wnętrza. Niezbyt ładnie wygląda wykończenie boczków bagażnika twardym tworzywem sztucznym, ale to pomijalna wada. Wszystkie wersje oprócz bazowej seryjnie dysponują podwójną podłogą bagażnika (w Grandlandzie Enjoy to koszt 900 złotych). Nie można narzekać na ładowność - zależnie od wersji silnikowej i wyposażeniowej, wynosi ona od 577 do 608 kilogramów - z rodziną bez problemu wybierzemy się na wakacje. Ciekawostką dla uważnych jest fakt, że choć ten SUV jest w dużej mierze konstrukcją francuską i wszedł do produkcji już po wejściu Opla do koncernu PSA, to na niektórych elementach znajdziemy jeszcze loga General Motors - jednym z takich elementów jest podnoszona półka bagażnika.

Opel Grandland X - silnik
3-cylindrowy silnik 1.2 to jednostka, która w Peugeotach i Citroenach jest znana pod handlową nazwą PureTech. W Oplu motor ten rozwija 130 koni mechanicznych. Uruchomienie silnika odrobinę wstrząsa nadwoziem, co jest zauważalne, choć nieszczególnie uciążliwe. Niestety, ze względu na obecność systemu start-stop (przyzwoitego) będziemy mieli okazję częściej doświadczać tego drżenia auta przy uruchamianiu, dlatego też wcale niezłym pomysłem wydaje się być wyłączenie wspomnianego systemu. Nie trzeba zbytnio obawiać się hałasu - na postoju i przy utrzymywaniu stałej prędkości silnik jest bardzo słabo słyszalny. Sytuacja zmienia się podczas przyspieszania - wtedy charakterystyczny "warkot" 3 cylindrów jest wyraźnie słyszalny, ale można to polubić - dźwięk mimo wszystko nie jest jakoś szczególnie napastliwy. Zastanawia jedynie wygląd silnika - tak tanio wyglądającej osłony nie widziałem jeszcze nigdy...

Opel Grandland X - panel wskaźników
Pomimo że 130-konny silnik 1.2 to bazowa jednostka napędowa Grandlanda (są też 130- i 177-konne diesle, a od niedawna - 180-konny "benzyniak"), to ze swojej roli wywiązuje się bardzo dobrze. Dynamika jest zaskakująco dobra, a choć w zakresie najwyższych obrotów Opel dość wyraźnie traci siły, to trzeba uczciwie powiedzieć, że niewiele osób będzie próbowało takiej jazdy. Niestety, oprócz "braku pary" w górnym zakresie obrotów, 1.2 Turbo ma też wyczuwalną turbodziurę przy niższych prędkościach obrotowych. Ciekawostką jest zeskalowanie prędkościomierza - poszczególne wartości najpierw są rozstawione co 10 kilometrów na godzinę (aż do 60 km/h), by dopiero potem przyjąć tradycyjne odstępy "co 20 km/h". Oznacza to, że subiektywne wrażenie przyspieszania jest dodatkowo spotęgowane przez wskazówkę prędkościomierza początkowo pnącą się jak szalona w górę. Tak czy owak, katalogowo Grandland X 1.2 Turbo jest w stanie przyspieszyć do "setki" w 10,1 sekundy, co jest bardzo przyzwoitym wynikiem. Pomaga w tym utrzymana w ryzach masa własna, która w bazowych wersjach nie przekracza 1350 kilogramów. Przyzwoita jest także skrzynia biegów, choć byłaby jeszcze lepsza, gdyby nie okazjonalne kłopoty z haczeniem, a także dość długie drogi prowadzenia drążka.

Opel Grandland X
Do układu jezdnego niestety jest znacznie więcej zastrzeżeń niż do silnika i skrzyni biegów. Powód jest prosty - podwozie nadaje się raczej tylko do spokojnej jazdy. Wtedy sprawuje się dobrze - dość komfortowo wybiera nierówności (z czym zresztą zdaje się radzić sobie tym lepiej, im szybciej się jedzie), a układ kierowniczy - choć nie daje zbyt wiele czucia jezdni - jest przyjemny w obsłudze. Ale spróbujmy bardziej dynamicznej jazdy po zakrętach, a każda taka próba szybko się zemści dużą podsterownością. Samochód jest oczywiście wyposażony w system kontroli stabilności, więc w razie nagłych manewrów nie wytrącimy go z równowagi - ale osoby jeżdżące dynamicznie powinny udać się do konkurencji. A przecież Opel oferuje jeszcze 180-konnego Grandlanda X z cięższymi silnikami: 1,6-litrowym benzynowym i 2-litrowym wysokoprężnym.

Humor poprawia się, gdy nastanie noc. Testowany egzemplarz niemiecko-francuskiego SUV-a wyposażony był w reflektory diodowe - nie można im odmówić skuteczności. Szybko i sprawnie działa też automatyczne przełączanie pomiędzy światłami drogowymi a mijania. Drobną  niedogodnością może być brak możliwości wyłączenia czujnika zmierzchu, ale to - przyznajmy - szukanie dziury w całym.

Opel Grandland X
Ceny aktualnie produkowanych Grandlandów zaczynają się od 99 200 złotych (92 200 po uwzględnieniu 7000 złotych rabatu), egzemplarze z zeszłego roku można kupić za 97 900 złotych (82 900 po uwzględnieniu 15 000 złotych rabatu). Ceny te dotyczą bazowej wersji Enjoy z takim samym układem napędowym jak w testowanym aucie, czyli ze 130-konnym silnikiem 1.2 i skrzynią manualną. W wyposażeniu każdego egzemplarza tego modelu Opla znajdziemy między innymi 6 poduszek powietrznych, system multimedialny IntelliLink z ekranem dotykowym, 6 głośnikami i złączami AUX i USB czy też system głośnomówiący Bluetooth. Standardem jest też klimatyzacja manualna, 17-calowe felgi aluminiowe, elektrycznie sterowany hamulec postojowy, "elektryka" szyb przednich i tylnych oraz czujniki parkowania z tyłu. Każdy Opel Grandland X ma też tempomat z ogranicznikiem prędkości, kamerę odczytującą ograniczenia prędkości ze znaków drogowych (niezłą) oraz układ ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu.

Opel Grandland X
Testowany egzemplarz to powoli wycofywana ze sprzedaży wersja Innovation - widnieje ona jeszcze w cenniku dotyczącym aut z produkcji zeszłorocznej. Tutaj w wyposażeniu standardowym znalazły się także takie elementy jak 18-calowe felgi oraz Pakiet Dobrej Widoczności, w skład którego wchodzą między innymi: światłoczułe lusterko wewnętrzne, asystent świateł drogowych i czujnik deszczu. Grandland X Innovation ma też seryjne czujniki parkowania z przodu, dwustrefową klimatyzację automatyczną, fotel kierowcy z certyfikatem AGR oraz elektrycznie składane lusterka boczne z lampkami oświetlającymi podłoże, a także dobrze działający układ ostrzegania przed pojazdami znajdującymi się w martwym polu lusterek. Co ciekawe, pomimo takiego zestawu interesujących dodatków, seryjnie nie stosowano tu reflektorów przeciwmgielnych.

Obecnie najbardziej zbliżonym cenowo wariantem Grandlanda do wersji Innovation jest model Design Line. Nie jest on seryjnie wyposażony w klimatyzację automatyczną ani w Pakiet Dobrej Widoczności, ale w zamian dostajemy tu reflektory przeciwmgielne, czarny dach i osłony lusterek bocznych oraz kamerę cofania. Design Line ma też seryjnie przyciemnione szyby tylne boczne i klapy bagażnika.

Opel Grandland X
Lista opcji jest dość bogata. Warto w tym miejscu zacząć od przyzwoicie wycenionych pakietów: na uwagę zasługuje szczególnie Pakiet Kierowcy za 5950 złotych (zawiera reflektory LED-owe, Pakiet Dobrej Widoczności, podgrzewaną przednią szybę i gniazdko 230V dla pasażerów tylnych siedzeń), Pakiet Techno za 4000 złotych (system multimedialny z nawigacją, odtwarzacz CD, indukcyjna ładowarka telefonu) czy też Pakiet Zimowy 1 za 1500 złotych - znajdziemy w nim podgrzewane przednie fotele i kierownicę. Osoby, które będą od czasu do czasu zjeżdżać z asfaltu mogą zainteresować się Pakietem Na Wszystkie Drogi - jego cena to również 1500 złotych. Zawiera on układ IntelliGrip ułatwiający jazdę po bardziej wymagających nawierzchniach oraz opony wielosezonowe M+S. W wersji Enjoy pakiet ten zawiera także 18-calowe obręcze zamiast seryjnych 17-calowych. Nie jest niestety dostępny układ napędu na obie osie.

Opel Grandland X
Wśród pojedynczych opcji wyposażenia warto wymienić między innymi klimatyzację automatyczną (1500 złotych), pakiet ze sportowymi fotelami i tapicerką z elementami ze sztucznej skóry (pakiet zawiera już fotel kierowcy AGR) za 2500 złotych, fotel pasażera AGR (1000 złotych, ale wymaga wymienionego przed chwilą pakietu) czy też rolety tylnych bocznych szyb (400 złotych). Alarm kosztuje 1600 złotych (2000 złotych w Pakiecie Flotowym, zawierającym też dojazdowe, 18-calowe koło zapasowe i dywaniki welurowe), a tempomat adaptacyjny (z funkcją Stop&Go dla aut ze skrzynią automatyczną) - 3000 złotych. Sama 8-biegowa przekładnia automatyczna to koszt 8000 złotych dla aut z silnikami benzynowymi lub 9000 dla diesli. Tuner cyfrowy DAB kosztuje 800 złotych. Niestety, dokupienie odtwarzacza CD (600 złotych) możliwe jest tylko w autach, które mają system multimedialny z nawigacją (dostępny we wspomnianym wcześniej Pakiecie Techno lub za 3900 złotych poza pakietem, co jest nieszczególnie opłacalne). Lakier metaliczny kosztować nas będzie 2500 złotych (lub 3500 złotych za lakier specjalny), srebrne relingi dachowe - 800 złotych. Panoramiczne okno dachowe (niedostępne z relingami) to 2900 złotych. Widoczne na zdjęciach dwukolorowe obręcze kół kosztują 800 złotych. Dostępny jest także hak holowniczy - jego koszt to 3300 złotych.

Opel Grandland X
Opel Grandland X nie jest autem idealnym. To zresztą dość delikatnie powiedziane w obliczu trzeszczącego wnętrza testowanego egzemplarza (choć warto podkreślić, że fabrycznie nowa sztuka w salonie takiego problemu nie miała), beznadziejnej ergonomii systemu multimedialnego czy też wyraźnej podsterowności w czasie dynamicznej jazdy. Jest i druga strona medalu: auto już w tej bazowej wersji silnikowej jest zaskakująco dynamiczne, komfort jazdy można polubić, a diodowe reflektory i fotele AGR są po prostu znakomite. Świetnie działa też system utrzymywania pasa ruchu. Pomimo wad, autem podróżuje się zaskakująco przyjemnie - spore znaczenie ma tu bardzo dobre wyciszenie przy stałej prędkości podróżowania. Relaks za kierownicą Grandlanda nie jest bynajmniej żadnym pustym sloganem. Niestety, pewną niedogodność może stanowić wspomniany brak napędu 4x4, choćby opcjonalnego - ale nie ma się co oszukiwać, w tej klasie aut nie byłby to często zamawiany dodatek.

Auto pozostawia więc nieco ambiwalentne uczucia - ale optymistycznie zakładając, że wspomniane kilkukrotnie trzeszczenie to problem jednostkowy, to SUV Opla mimo wszystko pozostaje dość ciekawą propozycją. O ile nasz styl jazdy jest w najlepszym razie umiarkowany, a za kierownicą szukamy po prostu świętego spokoju.

Opel Grandland X

Zdjęcia testowanego egzemplarza: autor.

sobota, 30 marca 2019

Test Drive! Pt. 67 - Nowe szaty bestsellera

Moi Drodzy, dziś wpis o tyleż ważny, co nietypowy. Nietypowy, bo to nie ja jestem jego autorem, a Camryt, którego możecie kojarzyć po świetnych zdjęciach Lexusa LC. Ważny - bo nie tylko dotyczy jednego z najpopularniejszych aut świata, Toyoty Corolli, to jeszcze jest pierwszym w polskich mediach testem nowej generacji tego samochodu na naszych drogach (pomijam oczywiście jazdy prasowe za granicą). Dlatego też na początek zachęcam do zapoznania się ze skróconą tabelą z danymi technicznymi i cenami, a następnie oddaję Was w ręce Camryta. Miłej lektury!

Marka: Toyota
Model: Corolla
Wersja wyposażenia: Comfort
Silnik: 1.6 Valvematic (benzynowy, rzędowy, 4-cylindrowy, wolnossący)
Moc maksymalna: 132 KM przy 6400 obr./min.
Maksymalny moment obrotowy: 160 Nm przy 4400 obr./min.
Przyspieszenie od 0 do 100 km/h: 9,7 sekundy
Prędkość maksymalna: 200 km/h
Skrzynia biegów: 6-biegowa, manualna
Napęd: na koła przednie (FWD)
Nadwozie: 4-drzwiowy sedan
Cena podstawowa (Corolla Sedan Active 1.6 Valvematic 6 M/T): 66.830 zł
Cena wersji testowanej (bez dodatkowych opcji): 87.400 zł

Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort

Nowa Toyota Corolla z perspektywy użytkownika
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
W najbliższy weekend (30-31.03.2019) odbędą się dni otwarte nowej Toyoty Corolli w wersji nadwozia sedan. Ja chciałbym opisać najnowszą wersję tego auta, ale z perspektywy użytkownika obu generacji – poprzednią jeździłem przez dwa lata, a nową odebrałem pod koniec lutego. Ciekawym jest zatem fakt, że przez jakiś czas najrzadszym, bo w ilości dosłownie jednej sztuki, samochodem w Krakowie był… najpopularniejszy samochód świata.
Moja poprzednia Corolla była w wyposażeniu Comfort z pakietem Tech, nowa zaś to Comfort z pakietami Tech i Style. Oba samochody napędza(ł) ten sam silnik: 1.6 Valvematic o mocy 132 KM, więc porównanie generacji powinno być dosyć sprawiedliwe. Prezentowany samochód to wersja, którą prawdopodobnie najczęściej będziemy widzieć za niedługo na polskich drogach.
Stylistyka
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
O nowej linii stylistycznej Toyoty można mieć skrajnie różne zdania, natomiast Corolli 12. generacji trudno odmówić elegancji i nowoczesnego designu. Gdy postawimy obok siebie obie generacje, ta starsza wygląda jakby była z poprzedniej dekady. Z przodu można doszukać się podobieństw w postaci listwy wychodzącej z loga marki oraz pionowych krawędzi zderzaka, które zakręcają w stronę logo. Z tyłu to zupełnie inna bajka. Kształt klapy został zmieniony (z obłego na bardziej wklęsły), cały tył sprawia wrażenie bardziej masywnego. „Ciekawa”, by nie napisać „dziwna”, jest faktura chromowanej listwy przy tylnych reflektorach – identycznie wyglądający element znajdziemy w gran turismo Lexusa, modelu LC.
Wspomniana klapa bagażnika otwiera się z kluczyka, natomiast odskakuje ona zdecydowanie mniej niż w poprzednim modelu – z tego powodu otwarcie jej mając zakupy w rękach jest problematyczne. Otwór załadunkowy jest znacznie mniejszy niż w dotychczasowej Corolli – nieprzyjemnie się zaskoczyłem, gdy pierwszy raz wsadzałem ulubioną walizkę. Sam bagażnik jest nieźle wykończony, choć zawiasy nadal nie są zakryte.
Wnętrze
Toyota Corolla Sedan
To tutaj odnajdziemy największy skok jakościowy. Przy zamawianiu samochodu nieco obawiałem się jasnego wnętrza, ponieważ w poprzedniej generacji było dość paskudne. Tutaj wygląda to zaskakująco dobrze. Znowu przychodzi mi do głowy stwierdzenie „eleganckie” – przeszycia na desce rozdzielczej, satynowe pokrycie przycisków, wykończenie foteli… To wszystko sprawia wrażenie samochodu wyższego segmentu – Avensis nigdy nie był tak ładnie i solidnie wykończony! Do tego kwestia pracy przycisków i pokręteł - także i tu można by pomyśleć, że są ze sporo droższego auta. Zdecydowanie lepiej niż w starszej Corolli działają też przyciski zlokalizowane przy ekranie systemu multimedialnego. W zasadzie jedyne jakościowe potknięcia to plastik wokół cupholderów oraz wykończenie boczków drzwiowych twardym plastikiem, który nie jest zbyt przyjemny dla łokcia. Powinien być wykonany z tego samego materiału co miękka deska rozdzielcza.
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
Nie obyło się bez kilku ergonomicznych błędów. Podłokietnik jest dosyć krótki i nie można go regulować. Na podłokietniku wspomnianego boczku drzwiowego jest bardzo mało miejsca na łokieć, mam 180 centymetrów wzrostu i lubię siedzieć blisko kierownicy, a mimo wszystko łokieć opieram na samej krawędzi podpórki – w „starej” Corolli miejsca na lewy łokieć było zdecydowanie więcej. Wejście USB jest bardzo skrzętnie schowane, by nie zaburzało designu deski rozdzielczej, ale przez to wsadzenie kabla jest trudne w czasie jazdy, a po ciemku praktycznie niemożliwe - nawet przy włączonym oświetleniu kabiny. Nie podoba mi się także zmiana położenia przycisków przełączania stacji radiowej/piosenek na prawą stronę kierownicy, wcześniej można było to zrobić lewą dłonią. Szkoda, że panel klimatyzacji jest umiejscowiony zdecydowanie wyżej niż wcześniej, przez to nie można już zmieniać jego ustawień nie odrywając ręki z lewarka zmiany biegów.
Całe wnętrze jest niestety mniej funkcjonalne niż w poprzednim modelu. Zniknął schowek po lewej stronie kierownicy, schowek na okulary, zamykany schowek pod panelem klimatyzacji... Schowek w podłokietniku jest mniejszy i zniknęła z niego półeczka, a w drzwiach nie zmieści się już duża butelka wody. Możliwe, że osoby o wyższym wzroście będą uderzać kolanem o wystającą deskę rozdzielczą przy wsiadaniu, mnie nie sprawia to problemów. Dość ciekawy jest fakt, że z tyłu „wyrósł” tunel środkowy, którego nie było w poprzedniej generacji.
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
We wnętrzu znajdziemy kilka technologicznych różnic. Najważniejszą jest nowy system multimedialny MM17 znany z Lexusów, natomiast tutaj obsługiwany dotykowo (na szczęście!). Działa on zdecydowanie szybciej, ekran jest czuły, parowanie telefonu nie sprawia problemu, wybieranie głosowe działa stosunkowo dobrze. Ciekawa jest funkcja odczytywania SMS-ów (chociaż komunikat o przychodzącej wiadomości znika stanowczo zbyt szybko). Sam ekran ma przekątną 8 cali, czyli ciut więcej niż wcześniej i jest on „doczepiony” na górze deski rozdzielczej jak w nowej RAV4 czy CH-R. Nie jestem fanem takich rozwiązań ze względów wizualnych (gdyby ten ekran usunąć sama deska jest bardzo ładnie zaprojektowana), nie mogę jednak odmówić mu łatwości spoglądania nań podczas jazdy, w poprzednim modelu ekran umiejscowiony był bardzo nisko. Plusem jest fakt, że nie muszę odrywać pleców od fotela by z niego korzystać i nie zasłania ani centymetra drogi. Ale uwaga przy konfigurowaniu! Z jakiegoś dziwnego powodu, nawigacja jest dostępna tylko w samochodach, które posiadają... przycisk startera zamiast tradycyjnej stacyjki.
W tej wersji wyposażeniowej jest także 7-calowy wyświetlacz pomiędzy zegarami. Jeżeli spodziewacie się czegoś podobnego do Virtual Cockpit z aut koncernu VAG, czeka was potężne rozczarowanie. Niestety jest on po prostu fatalny – ilość wyświetlanych informacji jest bardzo niewielka i duża część ekranu jest nieużywana, niektóre czcionki są tak małe, że wymagają nachylenia się nad kierownicą, brakuje liczbowego wskaźnika chwilowego spalania. Możliwość konfiguracji jest minimalna, nawet na tle małego wyświetlacza TFT z poprzedniego modelu. Przynajmniej nie męczy oczu po zmroku i ma całkiem ładną animację powitalną. Sam design zegarów z boku wyświetlacza po prostu nie jest atrakcyjny.
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
Dużym plusem nowej generacji jest widoczność. Cała deska rozdzielcza jest umiejscowiona niżej, słupki wydają się ciut cieńsze, lusterka umiejscowiono na drzwiach. Fotel kierowcy ma większy zasięg regulacji i można go ustawić naprawdę nisko, a dzięki osiowej regulacji w najniższym położeniu siedzisko jest pod takim kątem, że nie uwiera podczas wciskania sprzęgła jak w poprzedniej Corolli. Same fotele są wygodne, choć zarazem dość twarde. W tej wersji kierowca ma regulację podparcia odcinka lędźwiowego (w końcu!), oparcie jest zdecydowanie mocniej wyprofilowane niż poprzednio. No i są elegancko wykończone. Niestety, podgrzewanie foteli jest dużo słabsze niż wcześniej (pozycja High w poprzedniku dosłownie parzyła) i potrzebuje bardzo dużo czasu żeby zaczęło być w ogóle odczuwalne. Muszę przyczepić się także do kąta podstopnicy. Jeździłem niedawno CH-R, gdzie jest tak spionizowana, że wręcz uwiera w stopę, w nowej Corolli podstopnica jest umiejscowiona bardzo płytko i też nie jest to do końca wygodne. W starym modelu zupełnie o tym nie myślałem, więc musiało być idealnie.
Jazda
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie. Nowa Corolla jest oparta na płycie podłogowej TNGA i ma z tyłu niezależne zawieszenie, przez co jest zdecydowanie stabilniejsza przy wyższych prędkościach. Nowy układ kierowniczy jest bardziej precyzyjny, zniknęła chwila zawahania w centralnym położeniu, choć nadal jest dość martwy i nie przenosi informacji co się dzieje z kołami na kierownicę, ale przełożenie wydaje się być „krótsze”. Jestem zaskoczony jak duży jest skok amortyzatorów – mam w okolicy wybój, na którym zawieszenie większości samochodów, w tym poprzedniej Corolli, dobija, a z którym nowa generacja radzi sobie bez problemu. Jednym z celów platformy TNGA jest minimalizacja przechyłów bocznych i zdecydowanie czuć różnicę względem poprzedniego modelu. Wszystko to zapewnia bardzo pewne i przewidywalne prowadzenie przy jednoczesnym zachowaniu komfortu resorowania, ale nawet agresywne atakowanie zakrętów i „przerzucanie” masy nie wyprowadza samochodu z równowagi. Teraz hamulec postojowy jest obsługiwany przyciskiem. Ma on tryb automatyczny, więc jest zwalniany w momencie ruszenia oraz zaciągany po zgaszeniu silnika i tak naprawdę nie musimy o nim pamiętać - przynajmniej o ile zapniemy pasy przed ruszeniem.
Podczas jazdy w trasie zwróciłem uwagę na dwie rzeczy związane z hałasem w kabinie – silnik i szum wiatru jest lepiej wyciszony, natomiast doskwiera hałas kół. Obwiniam opony Dunlop SP Sport Maxx 050 (poprzednio Michelin EnergySaver). Do tego koła są nieco większe (225/45R17 kontra 205/55R16), przez co mam wrażenie, że ucierpiała zwrotność i opony przez mniejszy profil gorzej radzą sobie na pęknięciach asfaltu, przenosząc do wnętrza delikatne wibracje.
Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort
Póki co spalanie utrzymuje się na niemal tym samym poziomie, co poprzednia generacja. Na trasie o długości około 600 kilometrów z tempomatem ustawionym na 130 km/h samochód zapakowany 4 osobami i bagażami spalił średnio 7,2l na 100 km, co pokrywało się z danymi z komputera pokładowego. Z moich testów wynika, że Corolla z silnikiem 1.6 przy 90 km/h pali około 4,2 litra, przy 120 km/h - 6, przy 130 km/h - 7, a przy 140 km/h - około 8 litrów na 100 kilometów. Po trasie z prędkościami wahającymi się między 160-215 km/h (oczywiście w Niemczech) komputer pokładowy pokazywał zużycie 9,4l na 100 km. W zakorkowanym Krakowie spalanie oscyluje w okolicy 8l na 100 km. Samochód jak dotąd przejechał 1500 km, więc możliwe, że spalanie jeszcze odrobinę spadnie, gdy silnik się  „ułoży”.
Podsumowanie
Drogi Czytelniku, skoro dotrwałeś do końca tego przydługiego tekstu, musisz być poważnie zainteresowany Corollą. Pozostaje odpowiedzieć na pytanie: czy warto kupić nową generację, skoro ma ten sam silnik, a cena poprzednika kusi?
Zdecydowanie, definitywnie… tak. Nie spodziewałem się takiej różnicy pomiędzy generacjami. Krok, który dokonała Toyota jest naprawdę bardzo duży i w dobrym kierunku. Moim zdaniem kilka ergonomicznych chochlików nie przysłania diametralnej różnicy w jakości i solidności wykonania oraz prowadzeniu, które docenimy za każdym razem, gdy wsiadamy do samochodu. Poprzednia generacja to uczciwy, poprawny samochód, do bólu nudny stylistycznie i nie wywołujący zbyt wielu emocji za kierownicą. Teraz Corolla jest po prostu świetnym autem kompaktowym, w którym można czepiać się w zasadzie tylko małej gamy silnikowej i kilku drobiazgów. Chociaż będę trochę tęsknić nad zaskakującą nadsterownością poprzednika, zwłaszcza na mokrej nawierzchni, w której „pomagały” belka z tyłu i wajcha hamulca ręcznego.

Nowa Corolla to wciąż auto ukierunkowane głównie na komfort, ale w awaryjnych sytuacjach potrafi pozytywnie zaskoczyć pokładami stabilności i trakcji. A takie połączenie wbrew pozorom nie zawsze jest oczywiste.

Toyota Corolla Sedan 1.6 Valvematic Comfort


Tekst i zdjęcia: Camryt. Zdjęcie wnętrza: materiały prasowe Toyota.

piątek, 11 grudnia 2015

Test Drive! Extended - Hyundai i20 po 10 tysiącach kilometrów

Uwaga: wpis dotyczy nieoferowanej już, poprzedniej generacji Hyundaia i20. Aktualnie w salonach dostępna jest już nowa generacja tego modelu.

Być może niektórzy z Was zastanawiali się kiedyś nad pewną kwestią niejako powiązaną z dziennikarstwem motoryzacyjnym. Wszystko fajnie - można by rzec - ale co z tego, że przetestują jakiś samochód... ba, co z tego, że zrobili test długodystansowy tego samochodu... co z tego, że im się podobało, ba, byli zachwyceni! Pytanie brzmi: CZY ONI BY TO KUPILI DLA SIEBIE? Na nasze dzisiejsze pytanie za przysłowiowe sto punktów jednej odpowiedzi w zasadzie nie ma, bo wszystko zależy oczywiście od konkretnego pojazdu i konkretnego autora tekstów. Na początku istnienia serii Test Drive!, której celem jest choć częściowe przybliżenie Wam danego samochodu (w tym między innymi oceny wnętrza czy wrażeń z jazdy), miałem okazję przetestować Hyundaia i20 z benzynowym silnikiem o pojemności niespełna 1,25 litra. Koreański wóz segmentu B zrobił na mnie wtedy znakomite wrażenie, lepsze chociażby od Toyoty Yaris testowanej mniej więcej w tym samym czasie. No i cóż... życie potoczyło się tak, że gdy w mojej rodzinie pojawiła się konieczność wymiany samochodu miejskiego na inny model, w praktyce jedynymi samochodami, które były brane pod uwagę, był właśnie i20 oraz Ford Fiesta ("nieeee, co ty robisz, jak można porównywać i20 do Fiesty!"). Ostatecznie, głównie ze względu na bliskość salonu i autoryzowanej stacji obsługi, bitwę wygrał Hyundai. Czy jest czego żałować po pokonaniu koreańskim maluchem 10000 kilometrów po polskich i niemieckich drogach? O tym już za chwilę.




Hyundai i20 w 2008 roku zastąpił model Getz, a w 2012 roku przeszedł face lifting - jego skutkiem są nie tylko zmiany w stylistyce (przede wszystkim całkiem nowy pas przedni, ale również inne lampy tylne), ale także w technice; między innymi wzmocniono bazowy silnik benzynowy z 78 do 86 koni mechanicznych. Samochód ze zdjęć został zakupiony na początku 2014 roku* (rok produkcji 2013), był to egzemplarz z ekspozycji. Co ciekawe, był już nawet wcześniej zarezerwowany przez klienta, który jednak ostatecznie zdecydował się na mniejszy model i10. Wersja wyposażeniowa samochodu to najbardziej popularna Classic Plus - w wyposażeniu seryjnym znajdują się więc między innymi radioodtwarzacz CD/MP3 ze złączem AUX (to nadal nie jest standard w wielu samochodach!), klimatyzacja manualna, elektrycznie sterowane szyby z przodu, a także siedem poduszek powietrznych (czołowe, boczne, kurtynowe, a także poduszka kolanowa dla kierowcy), system stabilizacji toru jazdy i system kontroli trakcji. Napęd - właśnie bazowa jednostka 1.25 litra, pochodząca z serii Kappa. Ciekawostką jest fakt, że silnik ten dysponuje łańcuchowym napędem rozrządu.

* - tak, 10000 kilometrów w niespełna dwa lata to nie jest nadzwyczajny wynik, ale w tym tekście nie chodzi o ocenę trwałości i bezawaryjności samochodu.

Skoro już przy silniku jesteśmy, na chwilę jeszcze przy nim pozostańmy. Relatywnie niewielki benzyniak to jedna z największych zalet samochodu. Moc jest w zupełności wystarczająca zarówno w mieście, jak i na trasie (wliczając w to niemieckie autostrady), a zużycie paliwa pozostaje na całkiem przyzwoitym poziomie (okolice 6-7,5 litra zależnie od warunków użytkowania; na pewno dałoby się je jeszcze obniżyć gdyby bardziej się skupiać na prowadzeniu zgodnie z zasadami eco-drivingu). Motor jest czterocylindrowy, więc również kultura pracy jest bardzo przyzwoita. Są co prawda wśród konkurencji samochody, które są pod tym względem nieco lepsze, ale nie są to kolosalne różnice. Do delikatnej poprawki jest czas reakcji na dodanie gazu - o dziwo, samochód testowy sprawiał pod tym względem lepsze wrażenie. Ciekawy jest natomiast dźwięk silnika, przywodzący nieco na myśl konstrukcje z lat 90. XX wieku - generuje zaskakująco dużo niskich tonów jak na tak mały litraż, szczególnie na niskich obrotach (co nie jest bynajmniej żadnym przytykiem). Jak przystało na konstrukcję o czterech zaworach na cylinder, średnie i wysokie obroty są przez jednostkę Kappa szczególnie lubiane. Gdyby nie fakt, że następny w gamie silnik (1.4) łączono z 6-biegową skrzynią biegów (1.25 ma skrzynię 5-biegową), można było się zastanawiać czy dopłata jest w ogóle warta rozważenia. Przypomina to zresztą sytuację z pierwszą generacją Toyoty Yaris, w której bazowy silnik 1.0 był tak dobry i dynamiczny (przynajmniej w mieście), że osobom unikającym podróżowania tym modelem w trasie po prostu sugerowano w większości artykułów, że szukanie Yarisa z większą jednostką napędową nie ma sensu (mogę to zresztą potwierdzić, jako że poprzednikiem naszego i20 była... Toyota Yaris 1.0 z 2002 roku).

Pięciobiegowa przekładnia manualna zastosowana w i20 ma w zasadzie jeden problem - przy szybkich zmianach biegów potrafi przyhaczyć (czego podczas jazdy testowej, przyznam szczerze, nie zauważyłem). Na co dzień jest jednak konstrukcją bardzo precyzyjną i przyjemną w użytkowaniu - siła konieczna do zmiany biegu jest wyjątkowo nieduża, a pomimo tego można poczuć przyjemny opór podczas operowania drążkiem zmiany biegów. Przyzwoite jest również zestopniowanie skrzyni - nie jest co prawda nastawione na osiągi (12,7 sekundy do "setki" i prędkość maksymalna nieprzekraczająca 170 kilometrów na godzinę to wyniki nieszczególnie kwalifikujące się do jakiegokolwiek rekordu), ale samochód w większości sytuacji (pomijając oczywiście jazdę z dużym obciążeniem lub pod strome wzniesienie) ma wystarczająco dużo siły by zacząć przyspieszać nawet z niskich obrotów. Jest więc pod tym względem znacząco lepszy niż na przykład nieoferowany już u nas Chevrolet Aveo z silnikiem 1.2 o tej samej mocy. Na uznanie zasługują wskazania pokładowego wskaźnika momentu optymalnej zmiany biegu. Co prawda wskazuje on tylko, kiedy zmienić bieg na wyższy (na temat redukcji milczy niczym uczeń wyrwany do odpowiedzi), ale "nie patrzy" tylko na obroty silnika - jeśli mocniej przyspieszamy, lampka zapali się znacznie później niż przy spokojnej jeździe (może się wydawać, że to normalne, ale nie w każdym samochodzie działa to tak sprawnie; bardzo często u innych producentów wskaźnik sugeruje zmianę biegu na wyższy o kilkaset obrotów za wcześnie).

Kwestią, którą można by nieco poprawić, jest prowadzenie małego Hyundaia. Przede wszystkim jest to kwestia silnie wspomaganego układu kierowniczego, choć trzeba też przyznać, że ma on jedną bardzo przyjemną cechę - pozwala na bardzo łatwe utrzymywanie kierunku na wprost ze względu na zauważalnie wzmocnione względem konkurentów samopowracanie kierownicy do położenia centralnego (co ciekawe, ta cecha "uaktywnia się" dosłownie na chwilę przed całkowitym wyprostowaniem kół). W pierwszej chwili wydaje się to dość specyficzne podczas prowadzenia, ale w praktyce jest bardzo wygodne. Zawieszenie - sprężyste i w miarę wygodne jak na segment B, choć są w klasie lepsi pod tym względem. Niestety, ze względu na niewielką masę własną i relatywnie sporą powierzchnię boczną samochód jest dość czuły na boczne podmuchy wiatru, szczególnie przy jeździe autostradowej. Gdybyśmy chcieli ten podpunkt podsumować, można by i20 określić mianem solidnego klasowego średniaka - nic poważnego mu nie doskwiera (większość konkurentów ma dokładnie te same problemy), ale i do najlepszych trochę brakuje. Tym, co wybija się ponad konkurencję, jest natomiast skuteczność reflektorów przednich - pomimo wykonania ich w tradycyjnej technice halogenowej, to już światła mijania są bardzo dobre, a drogowe wręcz rewelacyjne, zwłaszcza jak na auto miejskie.

Wnętrze można rozpatrywać w dwóch kategoriach. Pierwsza zakłada burczenie na zbyt zachowawczą stylistykę, niewielkie zróżnicowanie barw i takie sobie wyciszenie. Oczywiście, jest w tym sporo racji, należy też jednak powiedzieć, że ergonomia obsługi to ścisła klasowa czołówka, na dodatek wszystkie przyciski co do jednego pracują z takim oporem i ugięciem jakby były wyjęte z samochodu nie za 45, a za 245 tysięcy złotych, a "gumopodobne" wykończenie wierzchu deski rozdzielczej sprawia, że nie mamy wrażenia przebywania w morzu plastiku. Z tegoż morza pochodzi jednak koło kierownicy, które - szczególnie na dalszych trasach - jest nieszczególnie miłe w dotyku i przydałoby się wykończenie go skórą, choćby i ze sztucznej krowy. Jakość pozostałych tworzyw to dobra średnia sprzed paru lat - obecnie coraz więcej samochodów segmentu B nieco pod tym względem przewyższa i20 opisywanej generacji, ale nie jest źle, zwłaszcza że jakość montażu jest bardzo przyzwoita. Nie poraża niestety ilość miejsca dla pasażerów - z przodu jest w porządku, ale z tyłu najbardziej pozytywne określenie na jakie można się zdobyć, to "w miarę wystarczająca ilość miejsca". Zaskakująco dobre są natomiast przednie fotele - nie tylko dość wygodne nawet w dłuższej trasie (około 900 kilometrów), ale przyzwoicie trzymające ciało na zakrętach, choć na to zupełnie nie wyglądają. Znakomite wrażenie od A do Z robią natomiast wskaźniki przed kierowcą - są nie tylko tak czytelne jak tylko jest to możliwe, ale także zwyczajnie ładne, dzięki delikatnemu, niebieskiemu obramowaniu (którego jasność reguluje się razem z jasnością samych wskaźników). Na pochwałę zasługuje też obecność wskaźnika temperatury cieczy chłodzącej, który to element coraz częściej przegrywa z księgowymi nawet w znacznie większych i droższych autach. Warto dodać, że także najnowsza generacja "i-dwudziestki", od niedawna dostępna w polskich salonach, wyposażona jest w ten wskaźnik. Brawo!

10000 kilometrów nie jest dużym dystansem, nawet dla samochodu użytkowanego na ogół w mieście. Jest to już jednak dystans, który pozwala odpowiedzieć na pytanie, czy samochód jest taki, jak oczekiwaliśmy. Czy zakup i20 faktycznie był dobrym rozwiązaniem, czy może należało jednak kupić Fiestę? Cóż, nie wątpię że zakup Fiesty też byłby dobrym rozwiązaniem, ale i20 spełnił oczekiwania z nawiązką - samochód jest dopracowany, wystarczająco wygodny i ma satysfakcjonujące osiągi (oczywiście podsycane ciekawym "klangiem" silnika). Przytyków, oprócz wymienionych wyżej w tekście, jest w zasadzie tylko kilka: stylistyka mogłaby jednak być troszeczkę świeższa (szczególnie jeśli chodzi o linię boczną i tył nadwozia), drzwi mogłyby się zamykać przy użyciu mniejszej siły, a tylna lewa żarówka światła pozycyjnego mogłaby sobie darować przepalanie się - nawet jeśli to "dopiero" drugi raz w ciągu niespełna dwóch lat. Co by jednak nie mówić - było warto.


Zdjęcia testowanego egzemplarza: autor.